Żeglowanie to wspaniała pasja, oferująca cudowne widoki, wiatr w żaglach i doskonały czas spędzony z przyjaciółmi czy rodziną. Niestety, ostatnio spotkałem się z wieloma opiniami, że żeglarstwo powinno odbywać się tylko na morzu, najlepiej na dużym żaglowcu i z daleka od brzegu. Inne głosy twierdzą, że Mazury straciły na atrakcyjności i nie ma sensu tam jeździć, ponieważ „to już nie to samo, co kiedyś”.
Uważam, że nasze rodzime Mazury mają do zaoferowania znacznie więcej, niż wielu osobom się wydaje. Mam nadzieję, że ten artykuł zachęci Was do ponownego odkrycia Mazur lub do rozpoczęcia swojej przygody pod pełnymi żaglami właśnie w tym regionie Polski.

Dla niewtajemniczonych: Mazury można nieformalnie podzielić na dwie części: północną, z główną atrakcją, czyli Mamrami, oraz południową, z najrozleglejszym jeziorem w Polsce, Śniardwami. Centrum regionu stanowi jezioro Niegocin, na którym leży stolica Mazur – Giżycko. Tygodniowy rejs wystarczy, aby opłynąć północ lub południe, zakładając, że wystartujemy z centralnej części Mazur. Warto podkreślić, że żaden z kierunków nie jest lepszy od drugiego. Należy jednak przygotować się na zupełnie inny sposób spędzania czasu w każdej z tych części
Południowa część Mazur charakteryzuje się dzikim urokiem, oferując liczne wspaniałe miejsca do cumowania wśród natury. Trzeba jednak zaznaczyć, że liczba większych portów jest tu ograniczona, głównie mamy do dyspozycji port w Mikołajkach. Oprócz rozległych Śniardw, inne jeziora w tym regionie są raczej wąskie i długie. Natomiast północ Mazur obfituje w wiele portów, zarówno większych, jak i mniejszych, takich jak Węgorzewo, Mamerki, Nowy Harsz czy perełka mazurskich portów – Sztynort. Jeziora też są bardziej rozległe niż na południu (oczywiście nie uwzględniając Śniardw).
W tym roku postanowiliśmy wyruszyć na trzy jachty (fot. 2) i zwiedzić północną część Mazur. O 06:00 rano wsiedliśmy w kilka samochodów i ruszyliśmy z Poznania, planując po drodze odwiedzić Wilczy Szaniec, w którym 20 lipca 1944 roku miał miejsce nieudany zamach na Hitlera. Mazury obfitują w takie historyczne miejsca, więc miłośnicy poszerzania swojej wiedzy z pewnością będą zachwyceni.

Około godziny 16:00 dotarliśmy do Bogaczewa w Zielonej Zatoce, skąd wypływały dwa z naszych trzech jachtów: Antilla 27 i Aquatic 28. Bogaczewo to mała wieś, oddalona o 11 km od Giżycka. Po wypakowaniu bagaży część naszej dziewięcioosobowej załogi zrobiła zakupy w Wilkasach, podczas gdy reszta pomogła mi odebrać jacht i spakować wszystko na pokład. Następnie odbyliśmy krótkie, trzydziestominutowe spotkanie w portowej tawernie, aby omówić trasę przed wypłynięciem. Pamiętajmy, że na Mazurach żeglowanie po zmroku jest zabronione, więc bardzo się spieszyliśmy, by przed zmierzchem wpłynąć na Kisajno. Na szczęście udało się, i około godziny 20:00 zacumowaliśmy na dwóch kotwicach w zatoczce rezerwatu przyrody na jeziorach Mamry i Kisajno. Niestety, pozostałe dwa jachty nie zdołały przekroczyć kanałów, więc nocowaliśmy w samotności. Zmęczeni podróżą zjedliśmy lekką kolację i poszliśmy spać.
Poranek przywitał nas dobrym wiatrem, więc przed śniadaniem postanowiliśmy przepłynąć pod pełnymi żaglami do Sztynortu na jeziorze Dargiń. Około godziny 10:00 przycumowaliśmy w otoczeniu przyrody, czekając na pozostałe dwie załogi, które niestety były w tyle. Na szczęście, korzystając z pięknej pogody, spędziliśmy dzień na pływaniu i opalaniu, a niektórzy zrelaksowali się z ulubioną książką. W międzyczasie uratowaliśmy czaplę, której sieć owinęła się wokół dziobu (fot. 3). Mam nadzieję, że gdy przecinaliśmy siatkę wielkim kuchennym nożem, inne załogi, które również przycumowały w okolicy, nie pomyślały, że nasza lodówka jest aż tak pusta.

Około godziny 14:30 podjęliśmy decyzję, że tę noc spędzimy w Sztynorcie. Dobiliśmy do kei, uiściliśmy opłaty portowe (niestety Sztynort nie należy do tanich portów, ale o kosztach opowiem później) i wybraliśmy się do pobliskiego muzeum żeglarstwa i środowiska. To świetne miejsce dla tych, którzy chcą nauczyć się podstawowych węzłów żeglarskich. W muzeum znajdują się także symulatory manewrów, takich jak zwrot przez sztag czy rufę, a dla miłośników folkloru dostępne są legendy mazurskie. Sztynort to wizytówkowy port Mazur, tętniący życiem przez całą noc. Po przybyciu reszty załóg, z którymi w końcu się spotkaliśmy, nastał czas na wspólne ucztowanie. Wieczór i noc spędziliśmy na koncercie szantowym, poznając ludzi z pobliskich jachtów.
Następnego dnia wstaliśmy później, zjedliśmy pyszną jajecznicę na boczku i cebuli, a następnie wyruszyliśmy w drogę na Mamry. Podpłynęliśmy na żaglach blisko Mostu Sztynorckiego, gdzie musieliśmy je zrzucić, złożyć maszt i na silniku przedostać się na drugą stronę. Po przepłynięciu małego jeziorka Kirsajty dotarliśmy na Mamry. Dzięki sprzyjającemu wiatrowi udało nam się przepłynąć jezioro w kilka halsów – chcieliśmy zacumować naprzeciwko Kanału Mazurskiego, który miał łączyć nasze piękne Mazury z Morzem Bałtyckim (niestety nigdy nie dokończono tego pomysłu). Na nasze nieszczęście podczas cumowania silnik zaczął dymić, a chłodzenie przestało działać. Pozostałe załogi pomogły nam przycumować, ale z racji późnej pory postanowiliśmy zająć się usterką następnego dnia. W tym roku zrezygnowaliśmy z cumowania w Mamerkach i zwiedzania bunkrów, ale serdecznie polecam to miejsce jako jedno z lepiej zrobionych muzeów (fot. 4). Ponadto w pobliżu znajduje się przyjemna przystań, idealna do obcowania z naturą, a przy okazji nie jest droga.

Wtorkowy poranek poświęciliśmy na prace przy czterosuwowym silniku. Niestety, nawet trzech inżynierów nie zdołało poradzić sobie z problemem, więc musieliśmy skontaktować się z armatorem, który poinformował nas, że będzie mógł pomóc dopiero o godzinie 18 w Węgorzewie. I tak musieliśmy tam płynąć, ponieważ nasze zapasy zaczynały się kurczyć. Wyciągnęliśmy się więc na kotwicy i popłynęliśmy na żaglach z wiatrem. Przed Węgorzewem zatrzymaliśmy się na krótki postój na kotwicy, gdzie stoczyliśmy wojnę na balony z wodą. Następnie, holowani przez zaprzyjaźnioną jednostkę, przepłynęliśmy Kanał Węgorzewski i przycumowaliśmy do kei. W porcie czekała nas prawdziwa uczta w tawernie Keja, gdzie pozwoliliśmy sobie na dwa „Półmiski rekinów” (fot. 5) – ogromne półmiski świeżej i pysznej ryby. Dziewięcioosobowa załoga najadła się w spokoju, a w tawernie każdy znalazł coś dla siebie. Armator przyjechał z nowym silnikiem, dzięki czemu następnego dnia mogliśmy bez obaw opuścić port. Wieczorem odbył się koncert szantowy, sprzyjający towarzyskim spotkaniom. Czas ten najlepiej opisuje fragment piosenki: „Powoli i znojnie, tak płynie nam życie”.

Kolejny dzień przyniósł nowe przygody, ale niestety pogoda się pogorszyła. Słońce ustąpiło miejsca delikatnej mżawce i silnemu wiatrowi, a prognozy nie były obiecujące. Pierwotnie planowaliśmy nocleg na Wyspie Kociej na jeziorze Święcajty, jednak zmuszeni byliśmy cumować w przystani nieopodal. Wiatr wcale nam w tym nie pomagał, ponieważ dopychał nas niebezpiecznie do brzegu. Przystań okazała się jednak dobrą decyzją, ponieważ chwilę później wiatr wzmógł się, jak na morzu. Schroniliśmy się w altance na kampingu, gdzie na przenośnych kuchenkach turystycznych przygotowaliśmy pyszne tortille. Jeśli planujecie wizytę na Mazurach, polecam zaopatrzyć się w takie kuchenki, gdyż przestrzeń pod pokładem jest ograniczona i gotowanie czegokolwiek generuje nieludzkie temperatury. Wieczór spędziliśmy pod pokładem, grając w planszówki, więc nuda nam nie doskwierała.
Przedostatni dzień rejsu spędziliśmy na żegludze przez wiele kilometrów. Warunki wietrzne były na tyle silne, że musieliśmy zrefować grota, co pozwoliło nam pokonać znaczną część trasy. Zacumowaliśmy w bliskości natury na jeziorze Tajty, gdzie w końcu zorganizowaliśmy upragnione ognisko z szantami granymi na gitarze i ciepłymi kiełbaskami.
Piątek był dniem nostalgii. W drodze powrotnej do portu wspominaliśmy wcześniejsze rejsy, a przy okazji zrobiliśmy krótki przystanek w giżyckim porcie na ostatnie zakupy przed siedmiogodzinną podróżą do domu. Około godziny 20, przy zachodzącym słońcu, dopłynęliśmy do Zielonej Zatoki (fot. 6). Czekały nas jeszcze prace bosmańskie: sklarowanie lin, czyszczenie pokładu i porządki pod pokładem. Spędziliśmy spokojny wieczór na wspomnieniach, planszówkach i rozmyślaniu o przyszłym rejsie. W sobotę rano, po zdaniu jachtu o godzinie 11, wyruszyliśmy w drogę powrotną, pewni, że jeszcze tu po raz kolejny wrócimy. Jest to region Polski, który doskonale oddaje klimat przyrody, będąc idealną bazą wypadową dla żeglarzy. Miłośnicy rajdów rowerowych i pieszych wędrówek również znajdą tu mnóstwo atrakcji. Nawet osoby, które pragną spędzić tydzień na polu campingowym czy w domkach letniskowych, znajdą odpowiednie opcje. Jednak zachęcam do odkrycia Mazur z perspektywy jachtu.

Wiele osób pyta, czy wakacje na Mazurach są drogie. Pragnę rozwiać wątpliwości – Mazury mogą być bardzo budżetowym wyborem, idealnym dla tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z żeglarstwem. Ceny jachtów na tygodniowy pobyt nie powinny przekraczać 7 tys. zł, do której należy doliczyć kaucję zwrotną, która nie zawsze wraca w całości. Nasz dziesięcioosobowy Aquatic (fot. 7) kosztował nas 3430 zł (plus 2000 zł kaucji), a można znaleźć jeszcze tańsze jednostki. Komfortowo byłoby żeglować w sześć osób, ale jako studenci chcieliśmy obniżyć koszty.

Ceny portów wahają się od 80 do 300 zł (droższe zdarzają się rzadziej). Cena portu często zależy od liczby osób na pokładzie i długości jachtu. Nie zapomnijcie także o kosztach zapasów i przyjemności. Warto mieć sporo drobnych na prysznice i toalety, ponieważ nie wszystkie porty oferują to w cenie. Co do biletów pociągowych czy paliwa – to temat na osobny artykuł. Osoby oszczędne mogą zamknąć się w 1000 zł, ale z doświadczenia wiem, że większość naszych wyjazdów na Mazury to około 1500 zł na tydzień. To uczciwa cena za tygodniową przygodę pod pełnymi żaglami, prawda?
inż. Jakub Wasiela



