W ostatnim wydaniu Biuletynu Techniki Jachtowej opisałem Wam czego można się spodziewać po rejsie na Mazurach i jakie wyzwania czekają tam na początkujących żeglarzy. Tym razem chciałbym podzielić się zupełnie innym doświadczeniem. Czymś, co dla niejednego żeglarza jest spełnieniem marzeń i jednym z wyzwań, jakie można sobie postawić na żeglarskiej drodze. Pod koniec sierpnia udało mi się wziąć udział w rejsie na jednym z polskich żaglowców – na Pogorii.
W tym artykule spróbuję przybliżyć, jak wygląda taka wyprawa, jakie emocje towarzyszą, gdy staje się częścią załogi, jak wygląda życie na pokładzie i codzienna praca takiego załoganta.
Krótka historia Pogorii
Polska posiada sporą liczbę żaglowców: Fryderyk Chopin, Dar Młodzieży, Kapitan Głowacki, Zawisza Czarny, czy chociażby wymieniona wyżej Pogoria. Ten ostatni należy do jednych z największych, jakie posiada nasz kraj. Pogoria to barkentyna zaprojektowana w roku 1980 przez ojca żaglowców – Zygmunta Chorenia.
Barkentyna to żaglowiec posiadający co najmniej trzy maszty, z których pierwszy ma ożaglowanie rejowe. Debiut tego pięknego statku odbył się 15 lipca 1980 roku na regatach Cutty Sark (teraz The Tall Ship Races), gdzie żaglowiec zajął pierwsze miejsce. Chwilę później, bo już 7 grudnia, Pogoria wyruszyła w daleki rejs na Antarktydę, gdzie odwiedziła Polską Stację Antarktyczną im. Henryka Arctowskiego. Trzy lata później na jej pokładzie odbyła się pierwsza „Szkoła pod Żaglami”, a w tym samym roku załoga, składająca się głównie z uczniów liceów, popłynęła w rejs po Oceanie Atlantyckim, przez Bermudy aż do Nowego Jorku. W 2009 roku Pogoria podczas regat The Tall Ships Races w okolicach Zatoki Fińskiej, pod wpływem silnych wiatrów, utraciła wszystkie trzy maszty. Niedawno żaglowiec przeszedł gruntowne renowacje i dalej dzielnie służy młodym ludziom, którzy chcą uczestniczyć w kulturze żeglarskiej. Sama jednostka otrzymała też wiele nagród na przestrzeni lat, takich jak The Friendship Trophy czy Cutty Sark Trophy. Trudno streścić tak barwną historię w kilku zdaniach – Pogoria przeżyła naprawdę wiele. To, o czym wspominam, to jedynie niewielka część jej dziejów. Teraz chciałbym opowiedzieć Wam o moich własnych przeżyciach z takiego rejsu.

Życie na pokładzie (i pod nim)
Skoro już wiecie, o jakiej jednostce mowa, czas opowiedzieć o samym rejsie. Pogoria każdego roku odbywa serię dziesięciodniowych wypraw, w których uczestniczą zarówno doświadczeni żeglarze, jak i nowi członkowie załogi. Startuje z Gdyni, a kończy swój bieg w basenie Morza Śródziemnego. Pogoria uczestniczy również w wielu prestiżowych wydarzeniach, takich jak The Tall Ships Races, ale to już temat na osobny artykuł. Mnie i mojego przyjaciela los skierował na rejs z Gdyni do Esbjergu. Zaokrętowanie odbyło się 23 sierpnia, w sobotę. Około południa byliśmy już na pokładzie, gdzie przydzielono nam koje. Na odpoczynek po podróży nie było jednak zbyt wiele czasu… Wkrótce wszyscy zostaliśmy zebrani na pokładzie, by w wyznaczonych wachtach odbyć szkolenie z zasad bezpieczeństwa. Podczas krótkiego wprowadzenia omówiono też, jak na co dzień funkcjonuje życie na takiej jednostce. Nasza załoga liczyła 47 osób, w tym ośmiu członków załogi stałej. Pozostali zostali podzieleni na cztery wachty, a każdej z nich przydzielono oficera odpowiedzialnego za to, by żaglowiec działał bez zarzutu. Aby lepiej zobrazować organizację pracy na pokładzie, możecie zobaczyć, jak wyglądała rozpiska wacht. To ona wyznaczała rytm naszych dni przez kolejne etapy rejsu.

Obowiązki na pokładzie można podzielić na kilka rodzajów. Wachta gospodarcza to wsparcie kuka w przygotowywaniu wszystkich posiłków oraz dbanie o czystość pod pokładem. Trwała ona pełną dobę, od godziny 16:00 do 16:00 dnia następnego. W tym czasie członkowie wachty przygotowywali kolację, śniadanie i obiad dla całej załogi. Poza tą przyjemniejszą częścią należało także dokładnie wysprzątać wnętrze statku: od wyszorowania pokładu i podłóg po utrzymanie porządku w mesie i toaletach. Wachta bosmańska obejmowała obowiązki wyznaczane przez bosmana, takie jak wymiana zużytego olinowania, malowanie elementów żaglowca, szlifowanie pokładu czy wymiana zbutwiałych desek. Zdarzało się jednak, że jeśli bosman akurat nie miał zaplanowanych prac, można było wykorzystać ten czas na krótki odpoczynek, na przykład odespać nocną wachtę nawigacyjną. Wachta nawigacyjna to ostatni, a zarazem najbardziej odpowiedzialny i najciekawszy rodzaj wachty. To właśnie podczas niej załoga odpowiada za sterowanie jednostką w taki sposób, aby optymalnie dotrzeć do kolejnej lokalizacji i przy okazji nie wejść w kolizję z innym statkiem lub przeszkodą. Wtedy załoga czuwa przy sterze, prowadzi obserwacje, kontroluje kurs i reaguje na zmiany pogody. W trakcie takiej wachty można wyróżnić kilka podstawowych zadań.

Pierwszym i absolutnie niezbędnym stanowiskiem są tzw. oczy. Osoby, które nieustannie obserwują horyzont, wypatrując wszelkich obiektów mogących stanowić zagrożenie lub wymagających dodatkowej weryfikacji. Uwierzcie mi, że o ile za dnia wydaje się to zadaniem prostym, o tyle o trzeciej nad ranem, pośrodku Morza Bałtyckiego, wypatrywanie maleńkich światełek na horyzoncie wcale nie jest tak oczywiste i łatwe. „Oczy” najczęściej wystawia się na rufie oraz po obu burtach statku. W naszym przypadku zmiana na tym stanowisku następowała co trzydzieści minut, aby uniknąć znużenia i utraty czujności.
Kolejnym obowiązkiem była obsługa steru. Jedna osoba przez pełną godzinę stała za kołem sterowym Pogorii, utrzymując kurs zadany przez oficera lub delikatnie go korygując, jeśli wymagały tego warunki na morzu.
W mojej opinii najciekawszym zajęciem było jednak nawigowanie Pogorią. W pokoju nawigacyjnym znajdują się fizyczne mapy, radary, dziennik jachtowy oraz mapy GPS z pozycją Pogorii i wszystkich jednostek wokół, które mają włączony transponder. Na tym ostatnim ekranie poza mapą można było odczytać przydatne dane, jak prędkość i kierunek wiatru, prędkość Pogorii podaną w węzłach czy kurs, z jakim aktualnie się poruszaliśmy. Co godzinę osoby wyznaczone do nawigacji musiały wpisywać odpowiednie dane w dziennik jachtowy, a także zaznaczać pozycję żaglowca na fizycznej mapie.

Do obowiązków wachty nawigacyjnej należały również takie czynności, jak stawianie i zrzucanie żagli, brasowanie czy ogólne prace na linach. W zakres tych zadań wchodziło także wchodzenie na reje, nieodzowny element pracy żaglowca rejowego. Odważniejsi wspinali się nawet na sam top masztu rejowego. Należy pamiętać, że nie jest to łatwe zadanie, gdy maszt ma 32 metry wysokości, a okręt kołysze się na falach. Widok z góry jest jednak absolutnie oszałamiający – choć muszę przyznać, że moim ulubionym miejscem i tak pozostaje bukszpryt, punkt, z którego morze wydaje się być na wyciągnięcie ręki.
Podczas manewrów portowych każda z wacht miała swój indywidualny przydział obowiązków. Wachta I odpowiadała za szpringi i cumy rufowe, wachta II za odbijacze, wachta III za opuszczenie pontonu do wody (ten służył jako silnik manewrowy, a także dostarczał 2 cumowników na ląd), a nasza wachta IV odpowiadała za cumy i szpringi dziobowe. A jak wyglądał sam rejs? Cóż, każdy dzień na pokładzie Pogorii miał swój własny rytm i atmosferę…
I wyruszyli
Niestety przez warunki pogodowe wyszliśmy w morze dopiero w niedzielę 24 sierpnia ok. godziny 15:00. Wtedy zaczęła się właściwa przygoda. Już po minięciu główek gdyńskiego portu obraliśmy kurs na Mierzeję Helską. W między czasie jeden z oficerów, Grzegorz, przeprowadził szkolenie z nawigacji dla osób chętnych. Tam dowiedzieliśmy się, jak interpretować poszczególne parametry na mapach, a także jak poprawnie uzupełniać dziennik jachtowy. Dodatkowo mogliśmy poznać tajniki funkcjonowania radaru, przez co zaczęliśmy korzystać z tego urządzenia z głową. Niestety, ten dzień skończył się dla nas dość szybko, ponieważ musieliśmy odpocząć przed tzw. psią wachtą. To żeglarskie określenie na pierwszą nocną wachtę. Trwała ona od północy do czwartej nad ranem. Dla nas był to prawdziwy chrzest bojowy.
Na samym początku naszej pierwszej wachty nauczyliśmy się, jak wybijać szklanki. To tradycyjny system, który informuje załogę o upływie czasu podczas wachty. Każde uderzenie w dzwon oznacza kolejne pół godziny służby. Ciekawostka: do serca dzwonu przyczepiona jest najkrótsza lina na żaglowcu, nosi nazwę ringabulina. W tym momencie warto wspomnieć, że był to mój pierwszy rejs morski. Nigdy wcześniej nie miałem doświadczenia z żeglugą, a właśnie tej nocy poznałem jedną z jej największych wad – chorobę morską.

Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że ten moment nastąpi, ale nie byłem przygotowany na to, jak męcząca jest choroba morska. Od tej nocy przez cały kolejny dzień problemy żołądkowe to była norma. Niestety, pod pokładem było jeszcze gorzej niż na górze. Temperatura, brak przepływu powietrza tylko potęgowały objawy. Ale spokojnie, pocieszę Was… Na chorobę morską nie ma mocnych (no, może poza kilkoma naprawdę twardymi jednostkami). Prędzej czy później każdy, kto wybiera się w morski rejs, musi przez to przejść. Na szczęście organizm zwykle przyzwyczaja się po dwóch dobach do tego, że nie stoi już na twardym lądzie. Dlatego nie ma się czego obawiać. Jeśli macie okazję, z pełnym spokojem korzystajcie z rejsów morskich! Mnie osobiście najbardziej pomagał sen. Mimo ciasnej przestrzeni dziób statku kołysał do snu, a fale rozbijające się o stalowy kadłub działały jak najskuteczniejsza kołysanka.
Po kilku dniach wszyscy już czuli się na Pogorii jak u siebie, a niektórzy nawet biegali już po rejach jak małpy po drzewach. Płynęliśmy na częściowo postawionych żaglach i w okolicach wtorku mijaliśmy już Bornholm. Bałtyk nie był dla nas łaskawy… Przez większość czasu wiało prosto w dziób. Zachodnie wiatry, typowe dla tego akwenu, uniemożliwiały żeglugę pod żaglami bez długiego halsowania, na które nie mieliśmy czasu. Kapitan Przemek Żarko zdecydował więc o zrzuceniu ożaglowania i przejściu na napęd silnikowy. Od tej chwili aż do Kopenhagi towarzyszył nam jednostajny pomruk maszyny zamiast szelestu żagli.
Tego samego dnia, w którym mijaliśmy duńską wyspę odbył się wieczór szantowy. Pokaźna część załogi zebrała się w „szkółce” Pogorii, aby razem pośpiewać i powspominać dawne rejsy. Przypadek sprawił, że wśród załogi znalazło się wielu uczestników legendarnego rejsu Pogorii z 1987 roku – przez Atlantyk, aż do Nowego Jorku. W tamtych czasach, jeszcze w realiach PRL-u, taka wyprawa była czymś niemal nieosiągalnym – przepustką do świata, który większość mogła oglądać tylko w książkach. Niektórzy z tamtej załogi zostali po drugiej stronie oceanu i zaczęli nowe życie w Ameryce. Ich obecność na pokładzie sprawiła, że wieczór szantowy przerodził się w magiczne spotkanie z historią… Pełne opowieści, zdjęć i wspomnień o żeglarskich przygodach sprzed dekad.
W środę ok. godziny 10:00 nastąpiło cumowanie w porcie w Kopenhadze. Wtedy właśnie pierwszy raz miałem przyjemność objęcia roli cumownika. Zasadniczo praca polegała na tym, że ponton wystawił dwóch cumowników na brzeg, gdzie Pogoria miała stanąć. Naszym zadaniem było odebranie cum i szpringów z dziobu oraz rufy i obłożenie ich na polerach. Resztą zajęła się załoga na pokładzie. Od tego momentu mieliśmy czas na zwiedzanie duńskiej stolicy. Jest to kolejny z ogromnych plusów takich wypraw – możliwość zobaczenia nowych, egzotycznych miejsc. Z początku byłem przekonany, że Kopenhaga mnie nie zaskoczy i że już nigdy więcej moja noga tam nie postanie. Jednak jedna z osób, która wcześniej miała okazję odwiedzić to miasto, zabrała nas w wyjątkowe, wręcz egzotyczne miejsce.
W efekcie większość czasu spędzonego w Kopenhadze upłynęła nam w wolnej dzielnicy Christiania, miejscu zupełnie innym niż reszta miasta.

Jest to dzielnica, której mieszkańcom duńskie władze nadały status niezależnej społeczności. Okazała się oazą kultury alternatywnej i hipisowskiej. Deklaracja określająca niezależność Christianii powstała w 1971 roku. Wszystko zaczęło się właśnie wtedy, gdy grupa hipisów zajęła opuszczone koszary wojskowe, znajdujące się na terenie dzisiejszej dzielnicy. Osiedlający się tu przybysze szybko stworzyli własną społeczność. Otworzyli szkoły i przedszkola dla swoich dzieci, a okolicę zapełniły prowizoryczne, często zaskakująco pomysłowe domostwa. Powołano nawet drużynę piłkarską oraz szereg nieformalnych inicjatyw kulturalnych i artystycznych. To oczywiście tylko początek historii tego niezwykłego miejsca. Zainteresowanych zachęcam, by poznali ją w całości. Jest naprawdę fascynująca.

Ceny są tu zaskakująco niskie, jedzenie pyszne, a atmosfera absolutnie wyjątkowa. Całość dopełnia sceneria, w której każdy krok odkrywa nowe, barwne dzieło… Murale, rzeźby, graffiti lub konstrukcje z pogranicza sztuki i improwizacji.

Oczywiście Christiania to nie wszystko i o samej Kopenhadze można by pisać jeszcze przez wiele stron tego artykułu, ale wróćmy do rejsu. W czwartek z samego rana nastąpił alarm manewrowy i wypłynięcie z portu. Niestety, wtedy czekała na nas kolejna smutna wiadomość. Okazało się, że z powodu niekorzystnych wiatrów musimy zrezygnować z rejsu przez Cieśniny Duńskie. Kapitan ponownie podjął decyzję o zmianie planów, uruchomiliśmy silnik i obraliśmy kurs na Kanał Kiloński. To właśnie dzięki niemu mieliśmy w sobotę wpłynąć na rzekę Łabę, a następnie na Morze Północne.
Do Kilonii dotarliśmy dopiero późnym wieczorem. Miasto przywitało nas ciszą i światłami portu, ale nie mieliśmy już siły ani czasu na zwiedzanie. Po krótkiej wizycie w kilku barach przy nabrzeżu wróciliśmy na pokład. Następnego dnia, po przejściu kanału i śluzy, Pogoria wyszła na Morze Północne. Wreszcie wiatr był po naszej stronie, dmuchał od rufy, więc postawiliśmy wszystkie żagle oprócz bezana. Jak się okazało, bezan nie był zbyt użyteczny. Konstrukcja Pogorii nie pozwalała w pełni wykorzystać tego ożaglowania. Jeden z oficerów opowiadał nam, że Fryderyk Chopin, choć mniejszy i dwumasztowy, radzi sobie znacznie lepiej w takich warunkach. Pod prawie pełnymi żaglami dotarliśmy do Esbjergu. W poniedziałek rano czekał już na nas autokar, który zabrał nas z powrotem do Polski. Zmęczeni, ale pełni wrażeń, żegnaliśmy morze z myślą, że jeszcze tu wrócimy.
Tak właśnie wyglądał nasz rejs. Przygoda, którą na pewno zapamiętam na całe życie. To przez nią pojawiła się we mnie nowa choroba, czyli chęć przetestowania jak największej liczby żaglowców. Myślę, że do niej przywyknę i jakoś będę musiał z nią żyć. Mam nadzieję, że tym samym zaszczepiłem w kimś z Was chęć choć rozważenia takiej formy wyprawy. Oczywiście nie jest to all inclusive i do niektórych niedogodności należy przywyknąć. Myślę jednak, że jeśli ktoś naprawdę kocha żeglarstwo, to poza pływaniem po Mazurach czy nawet po morzu powinien spróbować czegoś takiego. Taki rejs to prawdziwa odskocznia od codzienności… Inna, bardziej egzotyczna strona żeglowania. Bo przecież nie każdy ma szansę stanąć na pokładzie tak wyjątkowego żaglowca. Na sam koniec warto wspomnieć, że jakby ktoś chciał robić patent sternika morskiego, to taki rejs liczy się oczywiście jako wypływane godziny, które są niezbędne do przystąpienia do egzaminu. Tymczasem życzę wszystkim powodzenia na rejsach i być może do zobaczenia na pokładzie któregoś z wielkich żaglowców!
inż. Jakub Wasiela
[1] https://stspogoria.pl/sts-pogoria-podczas-the-tall-ships-races-2024
[2] https://stspogoria.pl/o-zaglowcu/dane-techniczne



